
21 lutego 2025 roku minęło 20 lat od tragicznej śmierci mistrza Zdzisława Beksińskiego. W rocznicę jego 86. urodzin i 20. śmierci, rozmowa Tomasz Wybranowski z Piotrem Dmochowskim, przyjacielem, marchandem i promotorem jego twórczości.

Tomasz Wybranowski: O Pablo Picasso mówiło się, że jest „twórcą i niszczycielem”. Jak określiłby pan Zdzisława Beksińskiego? Wiele osób utożsamiało jego stan ducha przez pryzmat jego malarskich dzieł.
Piotr Dmochowski: O Picassie można tak było mówić, bo miał on pewien program, ba!, całą filozofię zniszczenia sztuki, którą uważał za skostniałą. Trafne spostrzeżenie, także dlatego, że Picasso umiał zaproponować coś prawdziwie nowego i koherentnego. Do mnie to, co robił, nie przemawia. Muszę jednak przyznać, że o ile wielu artystów byłoby zdolnych do rewolucji, aby zniszczyć dawny ład, to naprawdę niewielu zdołałoby na to miejsce zbudować coś nowego, coś, co by trzymało się kupy.
– Nigdy nie przejawiał rewolucyjnych tendencji i zachowań?
– Otóż Beksiński tylko w młodości miał takie zamiary: rewolucji i zbudowania nowego świata, o czym świadczy jego artykuł o kryzysie w fotografii i środkach jego przezwyciężenia. Potem poddał się całkowicie swej podświadomości. Zaczynał najpierw rysować to, co mu podszeptywały jego ukryte mechanizmy zboczeń seksualnych, a następnie malował to, co spontanicznie „wychodziło” i „się” malowało. Nie kontrolował już niczego w trakcie tworzenia i dawał się ponosić czystemu natchnieniu, bez udziału świadomej refleksji.
– Czy dochował sobie wierności w materii niezłomności ducha?
– Tylko dwukrotnie zmusił się do malowania tak, jak tego chciał rozum, a z nim interes. Raz, zaraz po tym, jak się ze mną związał, postanowił, trochę za moją namową, „odgrzać kilka starych kotletów”. Namalował wtedy kilkanaście obrazów w stylu, który dotychczas hołdował, choć właśnie chciało mu się wówczas zacząć malować inaczej. Drugi raz zdarzyło się, gdy niejako wymusiłem na nim, by namalował kilkanaście obrazów bez ewidentnych rekwizytów śmierci. Co zrobił z największą niechęcią i, powiem wprost, „spartolił” prawie wszystkie obrazy z tej serii, oznaczone literą „Z” (jak „zamówienie”).
– W jednym z wywiadów Zdzisław Beksiński powiedział: „Malowanie to nic utylitarnego, nic z moralizowania społeczeństwa, to moja potrzeba tworzenia. Bez malowania, rysowania po prostu nie mogę znaleźć sobie miejsca.”
– To zdanie potwierdza moje wcześniejsze wyjaśnienie. Jemu wychodziło to naturalnie, bez zastanawiania się, czy wpływa na innych. Nie dbał o to, jak jego malowanie zostanie odebrane. Nie myślał o tym, czy przestrzega przed czymś czy naucza. Po prostu malował tak, jak czuł. Dla niego to była forma egzystencji, coś, bez czego nie potrafiłby żyć. Mimo trudności, jak bieda czy brak uznania, tworzył, bo to była jego natura. Beksiński malował jak każdy z nas je, mówi i pije – w sposób naturalny, bez angażowania filozoficznych, politycznych czy artystycznych zamysłów. On nie uważał się za proroka czy nauczyciela, malował tak, jak był.
– Czy dramatyczne doświadczenia życiowe, w tym choroba i śmierć żony, neurotyczne stany syna Tomasza, miały wpływ na proces jego „zamykania się w sobie”? Niektórzy krytycy twierdzą, że ostatni okres jego twórczości to „zasklepienie się w samotności i bólu”.
– Absolutnie nie ma żadnego związku pomiędzy jego twórczością a osobistym życiem. Jego najbardziej tragiczne obrazy, w rozumieniu publiczności (bo on sam nie dostrzegał ich tragizmu), powstały w czasie, gdy jego matka jeszcze nie dogorywała miesiącami sparaliżowana, jego żona nie czekała jeszcze na pęknięcie aorty i śmierć, a Tomek nie popełniał już prób samobójczych. Wręcz przeciwnie! Jego malarstwo pod koniec życia, po tym wszystkim, jak spadły na niego te nieszczęścia, „uspokoiło się”.
– Ale oglądając jego obrazy, odczuwa się lęk, pewną dozę strachu. Wręcz chłód, który otula widza. Zdzisław Beksiński był nieczuły na sinusoidę swojego życia? Niczego się nie lękał w nurcie stoickiego spokoju?
– Jedynym wpływem na jego wybór rekwizytów w obrazach był okropny lęk przed śmiercią oraz nieustanne bóle głowy i dróg żółciowych, na które cierpiał całe życie. Sądzę, że podświadomie wpływało to na jego pesymistyczny nastrój, jakby wszystko było „do dupy”, jak napisał w swojej pracowni w widocznym miejscu.
– Nie lubił tworzyć na zamówienie, był niepokorny wobec tak zwanego „rynku”, a z drugiej strony cieszył się z każdego sukcesu, dobrej recenzji, pochwał. Ciężko było pracować z Mistrzem, wiedząc, że pewnych rzeczy po prostu nie zrobi?
– Mnie jako „galerzyście” było bardzo ciężko z nim pracować, właśnie dlatego że nie chciał malować tak, jak tego pragnęła publiczność. Gdyby potrafił tworzyć na zamówienie, choć raz zrobił to dla mnie i chybił, byłby zamożnym twórcą, którego kolekcjonerzy by dosłownie „rozrywali”. Ja, jako jego marszand, miałbym wygodne i dostatnie życie.
– W odczuciu wielu krytyków i znawców sztuki, prace Zdzisława Beksińskiego, pełne uniwersalnych przesłań, odnoszą się do personalnie do jednego człowieka, konkretnego odbiorcy i jego percepcji. Zdaje się mówić kreską i kolorem: „Oto patrzycie na rzeczy totalne, na rzeczy tchnące eschatologicznym oddechem bytu, ale tak naprawdę musicie zobaczyć siebie, swoje grzechy, zaniechania i odwracanie głowy.”
– Ja tak tego nie odbieram. Ta opinia odnosi się tylko do publiczności, a nie do Beksińskiego. On niczego dla nikogo i do nikogo nie odnosił. To publiczność szuka w tych obrazach jakiegoś przesłania, poszukuje wskazówek, pouczeń, apelów.
– Dwa osobne byty?
– Tak, Beksiński prawdziwy i obraz Beksińskiego, jaki wyrabia sobie publiczność na widok jego prac, to dwie zupełnie odrębne historie.
– Dziękuję za rozmowę.
Tomasz Wybranowski
Fotografie ze zbiorów Piotra Dmochowskiego
Piotr Dmochowski (1942): prawnik, z zamiłowania kolekcjoner dzieł sztuki. W 1964 r. wyemigrował do Francji. Od trzydziestu lat wielbiciel twórczości Zdzisława Beksińskiego. Przez kilka lat prowadził w Paryżu galerię „Galerie DMOCHOWSKI, musée-galerie de BEKSINSKI”. Właściciel bogatej kolekcji obrazów, zarówno swojego ulubionego twórcy Zdzisława Beksińskiego, jak i artystów rosyjskich, bułgarskich i francuskich. Autor krótkometrażowego filmu „W hołdzie Beksińskiemu” oraz książki „Zmagania o Beksińskiego” / „Notes sur la situation générale. Historique d’un échec” (polskie wydanie 1996 r.). W 2005 roku, kilka miesięcy po tragicznej śmierci Zdzisława Beksińskiego, opublikował w internecie korespondencję z artystą.
21.02.2025 Stockholm

Leave a Reply