
Dzień 296 – luty 2016 roku
– Anno, pytasz mnie od kiedy zauważyłam , że Natalka lubi się bawić moimi rzeczami? – Powtórzyłam jej pytanie, bo nie byłam pewna o co tak naprawdę pyta. Wzruszyłam ramionami i ściągnęłam usta. – W sumie to od samego początku, odkąd pamiętam, Beniu lubił przesiadywać w moim pokoju. Dotykał wszystkiego z zainteresowaniem i jakąś irracjonalna czułością – podniosłam brwi i musiałam potrzeć nos, bo akurat mnie zaswędział. – Wiesz, buzia mu aż jaśniała, kiedy dotykał miękkich materiałów, zarzucał sobie na głowę kolorowe apaszki, przymierzał buty … Uwielbiał przekładać zgromadzone w pudełkach rzeczy.
Odleciałam we wspomnienia i przypomniałam sobie , jak to było, a raczej bywało. Owszem, Beniu miał swoją sypialnię i tam mnóstwo zabawek dla chłopca, bo tak rodzice wyposażyli jego pokój. Kiedy był niemowlakiem mama i ja bawiłyśmy się z nim w salonie, później , kiedy Beniu zaczął raczkować i ściągać wszystko co napotkał na swej drodze, mama zaczęła nas wysyłać do pokoju Benia na piętrze. Wydawał się być tam bardziej bezpieczny, a raczej nasze bibeloty i rzeczy poustawiane w salonie i jadalni. Jego pokój zajmowało łóżeczko i fotel, wykładzina na całej podłodze, a na środku miękki niewielki dywan. Z czasem doszedł dużych rozmiarów kojec. Pod ścianami stał regał z Ikei z wyciąganymi kolorowymi pudłami , a w nich pluszowe zabawki, klocki, autka, zwierzaki, książeczki, kolorowanki. Z czasem pojawił się też mały stolik z krzesłami . Tam później Beniu rysował. Zwykle w moim towarzystwie, bo i ja lubiłam twórcze zajęcia z bratem. Ubaw miałam, kiedy mały Beniu stawiał swoje pierwsze kreski, patrzyłam jak trzymał kredki, jak się dziwił, że spod jego ręki coś wychodzi, coś się pojawia, a wcześniej tego nie było… Obok stolika miał wielkie, pomarańczowe pudło ze skarbami do wszelkich plastycznych działań. Często się tak zdarzało, że Beniu buszował po podłodze, na której rozkładałam mu różnej wielkości poduszki i tam bawił się pluszakami lub klockami, a ja siedząc a jego fotelu z tabletem na kolanach, robiłam swoje zadania domowe. Opieka nad młodszym bratem nie była przykra. Robiłam to z radością. Mama przecież pracowała w tak różnych godzinach! Tato również. Musiałam im pomagać, choć nikt mnie do tego nie zmuszał. Lubiłam to robić. Często wykorzystywałam Benia stolik, do wykonywania z nim większych prac plastycznych, albo własnych projektów na biologię czy geografię. Kiedy Beniu poszedł do szkoły i już wiedziałam, że jest Natalką, odrabialiśmy przy tym stoliku jego lekcje. Lubiłam z nim spędzać czas, a on ze mną. Czasem wystarczało, że czuł moją obecność i sam zajmował się zabawkami. Domagał się mojej aktywności, a ja to lubiłam, więc bawiliśmy się również razem.
Mama mogła swobodnie brać swoje dyżury w szpitalu, bez tłumaczenia, że tego czy tamtego nie da rady ogarnąć, bo ma małe dziecko w domu. Kiedy szła na dyżur, Beniu zostawał pod moją lub taty opieką. W gimnazjum nauka przychodziła mi lekko i nie musiałam spędzać wiele czasu nad książkami czy ćwiczeniami. Lubiłam czytać i jak mi się wydaje przerzuciłam to zainteresowanie na Benia. Zaczęłam od tego, że czytałam mu na głos jego książeczki. Króciutkie, dziecięce historyjki, bajeczki ubarwione mnóstwem ilustracjami. Opowiadałam mu historię i pokazywałam na obrazkach poszczególnych jej bohaterów. Beniu uwielbiał te chwile! Lubił też kiedy mama mu czytała, ale nie zdarzało się to zbyt często. Wiadomo, szpitalne dyżury! Za to nigdy nie chciał, aby tata mu czytał. Pewnie nie potrafił zmieniać intonacji głosu, no i czytał swoim basującym, burkliwym głosem, co nie podobało się dziecku. Z czasem zaczęliśmy przeglądać, a później też czytać trudniejsze opowiastki. Poznane historie wykorzystywaliśmy w tworzeniu rysunków, robiłam też z Beniem teatrzyki, kiedy już lubił rozbudowywać zasłyszane historie. Uwielbiał to! Ja zresztą też. Wyobraź sobie, że czytałam mu też swoje lektury! Zmieniałam i modulowałam głos, robiłam miny , a on się zaśmiewał w głos i sam próbował mnie naśladować, choć przecież nie rozumiał tekstu! Wkładałam w czytanie wiele entuzjazmu i wykorzystywałam do tego wszelkie możliwe i znane mi metody, a wszystko po to, aby go zainteresować. I o dziwo, udało się, bo Beniu często prosił nie tylko o wieczorne czytanie. Często odtwarzaliśmy poznane historie, udając poznanych bohaterów, albo rysując ich twarze. Planowaliśmy też nowe opowieści i teatrzyki. Beniu wymyślał, ja spisywałam i tak powstawały nasze scenariusze. Przedstawienia pokazywaliśmy rodzicom, kiedy udało się ich zastać oboje w domu. Robiliśmy oczywiście własne dekoracje. Kilka razy zdarzyło się, że mieliśmy wielki pokaz przed całą rodziną, bo akurat odwiedzili nas kuzynowie i kuzynki, albo ciotki i ich mężowie. Raz zrobiliśmy nawet wielki pokaz teatralny dla koleżanek mamy. To dopiero była wyśmienita zabawa! A ile śmiechu! Koleżanki mamy nie mogły się nadziwić ile pasji w małym Beniu! To prawda, uwielbiał ten rodzaj zabaw. Dziecko lubi się znaleźć w centrum zainteresowania, nieprawdaż? Wszyscy mu gratulowali i ściskali ręce, a on promieniał i śmiesznie się kłaniał. Prawdziwy artysta! Do przedstawień zwykle się przebieraliśmy. Posługiwaliśmy się nie tylko narysowanymi wcześniej dekoracjami, ale też zakładaliśmy na siebie wygrzebane z szafy szale, sukienki mamy, albo jakieś peleryny, płaszcze czy kurtki. Zamienialiśmy je w stroje. Nie muszę chyba wspominać, że Beniu lubował się w dziewczęcych fatałaszkach. Czasem wystarczyła tylko jakaś szrafa, szalik, apaszka czy kolorowa wstążka. Najlepiej, aby się błyszczała. Do tego fryzury i makijaże, których samo tylko wykonanie to wielokrotnie więcej przyjemności, niż później samo przedstawienie. Beniu w takich chwilach z radością przeistaczał się w Natalię. Mój pokój zamienialiśmy w garderobę teatralną, a wspólną łazienkę wykorzystywaliśmy do robienia makijaży. Dziwiło mnie tylko jedno. Dlaczego Beniu nie chodził do łazienki rodziców? Przecież w mamy szafkach mógł znaleźć znacznie więcej ciekawych kosmetyków. Czy Beniu się czegoś obawiał? Może od początku wolał właśnie ze mną dzielić swoją odmienność? Przed mamą początkowo skrywał się trochę i krępował. Nie potrafię teraz tego określić ani podsumować. Mamie chyba nie zadałby takiego pytania, jakim mnie poczęstował któregoś dnia:
-Stefciu, jaki kolor ust jest najlepszy dla mnie? – prawie siedmiolatek trzymał w dłoniach trzy różne odcienie szminek i z powagą oczekiwał na odpowiedź. Każde opakowanie otworzył i przykładał po kolei do ust, przyglądał się swojemu odbiciu w lustrze. Siedział po turecku na przystawionym do toaletki krześle. Szerokie, nierówne brwi wskazywały niedawną aktywność z kredką.
-Co ty wyprawiasz Króliczku? – Roześmiałam się, ale on nagle spoważniał, co natychmiast wytarło uśmiech z mojej twarzy. – No dobra, Natalko, myślę, że na początek trzeba ci poprawić brwi.
– A co z nimi jest nie tak?- Przyjrzał się sobie przekrzywiając głowę kilka razy.
-Są…nierówne… kochanie – chciało mi się śmiać, ale udawałam powagę i aby zatuszować rozbawienie szybko chwyciłam kredkę i pochyliłam się nad twarzą brata. Postarałam się wyrównać brwi wykonując zdecydowany ruch. Zmarszczył je , spojrzeliśmy na siebie i …oboje parsknęliśmy śmiechem. – Nooo…teraz lepiej…wyglądasz. Jak jeden z braci Marx.
-A kto to jest?- Zaciekawił się Beniu i podniósł szerokie teraz brwi do góry. Faktycznie przypominał mi Juliusa Henrego Marxa z charakterystycznymi wąsami i szerokimi brwiami. Wytłumaczyłam mu kim był Groucho Marx, a w laptopie pokazałam mu też zdjęcie aktora i jego braci. Beniu zaciekawił się komikami, później zaobserwowałam, że próbował charakterystycznie ruszać brwiami. Naśladował też miny Groucha. Czułam ciepłe łaskotanie w ciele z dumy, że dzięki mnie Beniu znów się czymś nietuzinkowym zainteresował.
-Super! Podoba mi się. Wiesz? Zostanę aktorem. – Z dumą uniósł głowę i wypiął wątłą jeszcze pierś starszego przedszkolaka. – To który kolor jest dla mnie najlepszy? – Nie zapomniał o pomocy w wyborze odcienia szminki.
-Myślę, że ten – wskazałam ciemno różową i pomogłam mu nałożyć ją pędzelkiem. – A wiesz, że aktorzy często używają makijażu? Podkreślają w ten sposób wyrazistość mimiki twarzy. W filmie nazywa się to charakteryzacją.
-Podoba mi się to! – Aż podskoczył z wrażenia na krześle. Podniósł się, ukląkł i wsadził głowę najpierw do jednej, później do drugiej wielkiej kosmetyczki. Długie włosy opadły mu na policzki i nie mogłam zobaczyć co robił, ale usłyszałam, że wciąga zapach kosmetyków. Anno! On je wąchał! I to z wyraźną przyjemnością. No dobra, dziewczyny też tak robią. I płeć nic tu nie ma do rzeczy – wzruszyłam ramionami. – Ale kiedy zbierasz sporo takich, powiedzmy to szczerze, dziwnych, choć na pozór normalnych sytuacji, to zaczynasz się zastanawiać. Czyż nie, Anno? – w sumie to rzuciłam to pytanie ot, tak w przestrzeń, gdyż wiedziałam, że terapeutka mi nie odpowie.
– Faktem jest , że kochałam brata całą sobą – kontynuowałam, bo nie pomyliłam się, Anna milczała, choć słuchała z uwagą. Nie chciała dokonywać żadnych podsumowań. – Nie dlatego, że tak trzeba, bo należy do rodziny, a rodzina powinna się kochać. Ja naprawdę kochałam Benia całym sercem. Był mi najbliższą osobą w całym wszechświecie. Wcześniej, kiedy się tylko urodził i później, kiedy zaczęłam obserwować jego dziwne zachowanie. Oddałabym wszystko, aby mógł się uśmiechać, być szczęśliwy, beztroski i by mógł się rozwijać tak, jak tylko on tego pragnie. Bez ingerencji świata.
– A teraz? Jakie masz dla Benia uczucia teraz? – zapytała Anna świdrując mnie wzrokiem.
– Teraz kocham go jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe! Przecież wreszcie się wybudzi, a ja stąd wyjdę i zaczniemy wszystko od nowa. A nasz miłość siostry i… siostry tylko się pogłębi.
27.01.2026 Stockholm

Leave a Reply