Wywiad Jolanty Szutkiewicz z pisarką Anną Wiśniewską, pseudonim – Anna Winner.
Jolanta Szutkiewicz: Poznałyśmy się, Aniu, u naszych wspólnych znajomych ponad dwadzieścia lat temu. Zapamiętałam Ciebie jako osobę niezwykle cichą, małomówną i w cieniu swojego męża, p o e t y, znanego w kręgach Polonii szwedzkiej. Potem znowu spotkałam Was oboje na kiermaszu książki polskiej organizowanym przez Bibliotekę przy Kongresie Polaków w Sztokholmie. Rozmawiałyśmy wtedy, Ty mówiłaś na temat twórczości swojego męża i relacji wydawca – twórca. Sprawiałaś wrażenie żony pełnej uwielbienia dla Eugeniusza i zaangażowanej w sprawy jego pracy twórczej.
Anna Wiśniewska: Wręcz nie mogę pojąć, że ktoś odebrał mnie jako osobę cichą, małomówną. Od dziecka mówiono mi, że jestem gadułą i że zabieram swoją osobą dużo przestrzeni. Być może, że wtedy, gdy mnie spotkałaś, byłam stłamszona, wdeptana w ziemię, przez egocentryka, jakim był niewątpliwie mój mąż. Dziś jestem już inna. Staram się zapomnieć o tym okresie.
J. Sz.: Muszę przyznać, że mnie ogromnie zaskoczyłaś, gdy jakieś dziesięć lat później dowiedziałam się o Twoim czarno-białym życiu. Dałaś mi do oceny rozdział pisanych przez Ciebie własnych wspomnień. Uważałaś, że mogę podjąć się tego zadania, gdyż niedawno wydałam, nie kolejne tłumaczenie utworów pisarzy szwedzkich, lecz moją pierwszą książkę Biało-czerwone goździki i WRONA. Wspomnienia żony internowanego (wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń, 2010). Z ciekawością zabrałam się do lektury fragmentu Twojej autobiografii, ale nie przeczytałam go do końca. Nie mogłam! Tekst był wstrząsający. Aniu, jestem przekonana, że publikacja Twoich wspomnień pt. Czarno-białe życie miała decydujący wpływ na rozpoczęcie Twojej drogi twórczej. Czy się nie mylę?
A. W.: Czarno-Białe życie było książką, która powstała z inspiracji terapeutki. Po wyrzuceniu mnie z domu (po 30 latach małżeństwa) prawie dwa lata chodziłam na terapię, by wrócić do równowagi. Terapeutka zapoznawszy się z moimi odręcznie pisanymi dziennikami nazwanymi przeze mnie Dziennik pisany w łazience namówiła mnie do przepisania ich w komputerze i opublikowania w formie książki. (W naszym domu łazienka była jedynym miejscem, w którym mogłam zamknąć się na klucz i w którym byłam względnie bezpieczna). Był to codzienny zapis gehenny jaką przeżywałam przez ostatnie lata. Niestety mój „geniusz”, stał się w Szwecji moim oprawcą. Po cudownym okresie zakochania (w którym, jak wiadomo, nie widzi się wad obiektu miłości), znaleźliśmy się na emigracji i tu mój uroczy „Doktor Jekyll” przeistoczył się w „Mister’a Hyde’a”. Zobaczyłam drugą, tajemną stronę męża. Maltretowana psychicznie, a później i fizycznie kryłam się i pisałam. Nie, nie chcę do tego wracać. Sprawca tej przemocy domowej już nie żyje. Wybaczyłam mu i staram się zapomnieć.
Pytasz, „czy to, co przeżyłam i opisałam miało decydujący wpływ na rozpoczęcie mojej twórczości”? –Pewnie tak, ale odkąd pamiętam nauczyciele chwalili moje wypracowania. Polonistka w liceum prorokowała, że kiedyś będę pisarką. Zachęcała mnie do opisywania zwykłych wydarzeń, obrazów widzianych na ulicy. Mówiła, że tak jak rysownik czy malarz zawsze powinien chodzić ze szkicownikiem, tak i ja powinnam mieć ze sobą notes, w którym będę zapisywać zdarzenia, celniejsze wypowiedzi, przemyślenia. Stosuję się do jej rady do dziś.
Czarno-białe życie (moja pierwsza książka, wydana przez LSW w 2011 roku) „otworzyła mi kranik” i jeszcze w trakcie pracy nad nią zaczęłam pisać kolejną pod tytułem Piętno, ślad renifera. Tym razem była to książka o szwedzkiej rodzinie Johanssonów, rodzaj sagi prezentującej życie dziesięciu kobiet z Norrlandu naznaczonych lapońską klątwą (Oficyna Wydawniczą Aspra JR). A później co roku wydawałam kolejną książkę.
A dlaczego późno zaczęłam pisać? W Polsce chyba nie miałam na to czasu. Poza tym pozostawałam w cieniu mego męża redaktora telewizji polskiej. Na tym etapie mego życia było mi z tym dobrze. W Szwecji sprawy potoczyły się inaczej. Mąż nie potrafił się odnaleźć. Nauka szwedzkiego przychodziła mu z trudem. Pisał po polsku wiersze, a ja dużo od niego młodsza, musiałam zarabiać na dom. Uznałam, że skoro pozostaliśmy w tym kraju to muszę dobrze opanować język. Uczenie się słówek, zwrotów, później nauka w szwedzkim gimnazjum i kompletowanie studiów ekonomicznych, a wreszcie podjęcie pracy w nowym zawodzie pochłaniało cały mój czas.
J. Sz.: Odnoszę przemożne wrażenie, że kiedy już pisałaś kolejne książki, to praca twórcza stała się dla Ciebie jakby receptą na Twoje życie – odskocznią od szarej rzeczywistości, a poprzez to elementem Twojego codziennego dnia. Czy tak?
A. W.: Masz rację. Wszystkie moje książki powstawały już po burzliwym rozstaniu z mężem. W 2008 roku zamieszkałam w południowym przedmieściu Sztokholmu w Skogås, u mojej mamy, która po uszkodzeniu kręgosłupa wymagała całodobowej opieki. Wtedy pisanie stało się dla mnie sposobem na życie. Ucieczką w świat fantazji. Zauważ, że takie powieści jak: Tamara, Trudne Miłości, Wracam z niepamięci są mniej więcej w 30 procentach oparte na faktach. Reszta to mój wyczarowany świat.
J. Sz.: Dlaczego piszesz pod pseudonimem – Anna Winner?
A.W.: Odpowiedź jest dość krótka. Winner to zwycięzca, a ja zwyciężyłam! Przede wszystkim zwycięstwo dotyczyło mnie samej. Wyzwoliłam się z wiecznego podporządkowania się. Nauczyłam się trudnej sztuki asertywności. Zwyciężyłam, bo wreszcie zaczęłam robić to, co lubię: pisać. Mam w bagażu życiowym kilka nazwisk, moje rodowe Podgórska jest zbyt długie, pozostałych nie chciałam używać, więc wybrałam pseudonim. Początkowo tylko do pierwszej książki (nie sądziłam wtedy, że napiszę więcej), ale „przyjął się” i stał się częścią mnie.
J. Sz.: Ciekawa jestem, jak z perspektywy czasu i jako osoba pisząca, oceniasz twórczość swego byłego męża: Eugeniusza Wiśniewskiego? Ocena jego utworów jest zamieszczona m.in. w książce Pisarze berlińscy i sztokholmscy…
A. W.: Abstrahując od charakteru mego eksmęża, to do dziś lubię jego poezję. Jest przepełniona ogromną tęsknotą za krajem, krajobrazami lat dziecinnych. Trochę ckliwa, prawie „kobieca” jak to nazwał pewien krytyk literacki. Jednym słowem to typowa poezja emigrantów tęskniących za krajem. Kilka jego wierszy nawet bardzo lubię. To naprawdę dobra poezja. Pisał również powieści, ale na ich temat wolę się nie wypowiadać.
J. Sz.: Czy przez Twoje przykre doświadczenia w relacji Ty – Twój były mąż/ Twoi byli mężowie – możesz nazwać samą siebie feministką?
A. W.: Byłam trzykrotnie zamężna. Często piszę o kobietach. Fascynują mnie zwłaszcza te, które mają silne osobowości. Lubię inteligentne kobiety. Jeśli ktoś zajrzy na mój facebookowy profil to zobaczy, że wśród moich kontaktów przeważają kobiety, ale feministką nie jestem. „Przykre doświadczenia” – jak to nazwałaś nie spowodowały tego, że wykreśliłam ze swego życia panów, choć… nauczyły mnie, że bardzo się od siebie różnimy. Oni pochodzą z innej niż my planety… być może z Marsa…
J. Sz.: Co jest źródłem inspiracji Twojej twórczości?
A. W.: Częściowo już wcześniej odpowiedziałam na to pytanie. Jestem z natury ciekawska. Ciekawa życia, ciekawa ludzi i ciekawa interakcji między nimi. Mam też lekkie zapędy dydaktyczne. Czarno-Białe życie pisałam z myślą o innych kobietach maltretowanych przez mężów. Książka niosła przesłanie do nich, mówiła, że trzeba przerwać łańcuch strachu i nie bać się przyszłości, bo jest życie po takim życiu. Niełatwe, ale na pewno lepsze. Pisanie to jest dla mnie pewnego rodzaju przymus. Nie wiem, skąd się bierze. Może z chęci podzielenia się doświadczeniami? Może trochę z chęci popisania się? Może z wszystkiego tego po trochu? Zwykle piszę codziennie choćby stronę, czasem więcej. Mam tyle rzeczy do opowiedzenia. Dzisiaj rozmawiając ze znajomą wspomniałam pewne zdarzenie z mego życia, a ona od razu krzyknęła: Musisz to zapisać! Wykorzystasz w kolejnej książce. Lubię słuchać ludzi. Co człowiek to fascynująca historia. Rzymianie mówili, że „co człowiek to książka… Tylko nie zawsze można ją napisać”. Kolekcjonuję okruchy rozmów, robię krótkie notatki, jak choćby te, które stały się materiałem do napisania mojej najcieńszej książki, która za to posiada najdłuższy tytuł: „Nieprzewidziane skutki złamania nogi, czyli Stockholm´s taxi Drivers”, czy kolejnej pt. „Jak ziarnka piasku”.
J. Sz.: Jakie masz wykształcenie? I czy ma ono wpływ na Twój warsztat pisarski?
A. W.: Ukończyłam etnografię, a jak wiadomo „etnos” – to lud, a „graphos” to opis. Na studiach oprócz podstawowych przedmiotów takich jak między innymi: kulturoznawstwo, historia, socjologia, elementy psychologii, rysunek i fotografia dokumentalna – uczono nas opisywania zwyczajów, przedmiotów, zbierania informacji od najstarszych mieszkańców wsi. Musiałam opanować sztukę robienia wywiadu: przygotowania kwestionariusza, a także samej techniki zadawania pytań. Pomogło mi to później w mojej pracy w redakcji tygodnika „Gospodyni”, gdzie pisałam głównie na temat folkloru i sztuki ludowej. Nie wiem, czy to można nazwać warsztatem pisarskim sensu stricte, ale było to nauką pomocniczą.
J. Sz.: Jaki wpływ na Twoją twórczość miał dom rodzinny, Twoje pochodzenie?
A. W.: Pochodzę z inteligenckiego domu o korzeniach ziemiańskich i o wielopokoleniowych tradycjach studiowania. Ze strony mamy jestem trzecim pokoleniem kobiet mających wyższe wykształcenie. Po stronie taty było tych pokoleń sześć: byli to właściciele ziemscy przeważnie kształceni na studiach rolniczych, prawniczych i medycznych. Tak się złożyło, że zarówno ojciec, jak i mama spisali swoje wspomnienia. Na podstawie mamy pamiętników (16 zeszytów obejmujących okres 1936-2014) opracowałam przy pomocy mojego rodzeństwa książkę pod tytułem Patrzę na mój czas, która ukazała się w 2017 roku nakładem Oficyny wydawniczej Aspra Jr. (jak prawie wszystkie moje książki). Była to opowieść nie tylko o mamie, ale i o jej wielopokoleniowej rodzinie pochodzącej z dawnego zaboru austriackiego. Rodzony brat mamy Andrzej Niezabitowski również pisał. W 1999 roku ukazała się jego książka To był tylko Etap. Wspomnienia z łagrów, gdzie w sposób rzetelny, wolny od podkolorowanego cierpiętnictwa opisuje 11 lat spędzonych na zesłaniu na Syberii za kołem podbiegunowym.
Kazimierz Wierzyński, poeta i pisarz, jeden z twórców Skamandra był bratem mojej prababci Gizeli i jako młodszy od niej o prawie 18 lat wychowywał się z jej córką, czyli z matką mojej mamy. Może więc pisanie mam w genach.
J. Sz.: Jaki wpływ wywarły na Ciebie emigracja do Szwecji i wieloletni pobyt w tym kraju osiedlenia na spełnienie się jako pisarka?
A. W.: Nie bardzo wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie. Gdybanie to nie moja bajka. Ale pozwólmy sobie uruchomić fantazję. Gdyby nie wyjazd do Szwecji w noc, w której wprowadzono w Polsce stan wojenny, to zapowiadała mi się w Polsce kariera dziennikarska i telewizyjna. Prowadziłam już wtedy w programie dwójka TVP program „Panorama folkloru”. Wyemitowano 7 odcinków, do którego sama pisałam scenariusze. Pracowałam na wolontariacie w gazecie, a od 1 stycznia 1982 roku miałam przejść na pełny etat. Miałam już podpisaną umowę! Podjęta przez męża decyzja o pozostaniu w Szwecji przewróciła wszystko do góry nogami. Spowodowała, że mając zawód nieprzydatny na emigracji, musiałam szybko opanować język, przekwalifikować się i zacząć zarabiać na dom. Nie było czasu ani miejsca na pisanie. Dopiero po przejściu na emeryturę mogłam wrócić do tego, co dawniej lubiłam. Debiutowałam późno, bo dopiero w 2011 roku (moja pierwsza książka powstawała przez trzy lata). Wszystkie moje książki są „ze Szwecją w tle” – jak to ładnie nazwał mój wydawca. Staram się przemycić w nich informacje o tym kraju, jego pięknej przyrodzie, zwyczajach. Moja druga książka Piętno, ślad renifera i trzecia Trudne miłości, pewnie nie powstałyby gdybym nie mieszkała w Szwecji i nie poznała rozległej rodziny nieodżałowanej Emmy Johansson, która zaprzyjaźniwszy się ze mną, wprowadziła mnie do swojej rozległej rodziny i zachęcała do opisania jej losów. W Norrlandzie poznałam nietuzinkowych ludzi, którzy stali się archetypami moich dalszych powieści. Wydanie książki poprzedza rodzenie się pomysłu, czytanie literatury pomocniczej, sprawdzanie w Internecie prawdziwości danych, cały skomplikowany proces. Mam to szczęście, że moje książki powstają przy ogromnej pomocy mego rodzeństwa. Pierwszym czytelnikiem i korektorem jest mieszkająca w Wałbrzychu moja siostra Barbara Juchkiewicz. Wyłapuje moje literówki i przestawki składni. Współpracuję z nią już od pierwszej książki. Brat Antoni Podgórski mieszkający w Montrealu dodaje korektę stylistyczną bezlitośnie wycinając babskie przegadania. Niewielu piszących ma ten luksus. Pytasz, czy jestem spełniona jako pisarka? – Pewnie tak. Robię to, co sprawia mi przyjemność.
J. Sz.: Jaki wpływ na Twój warsztat pisarski ma Twój powrót do kraju?
A. W.: Jak dotychczas nie powróciłam do kraju na 100%. Mam dwa domy. Jeden w Polsce i drugi w Szwecji. Nadal pozostaję „w szpagacie”. Coraz piękniejsza Polska to spotkania z przyjaciółmi i z rodziną. Groby: mamy, dziadka i dalszej rodziny, wycieczki za miasto, teatr, kino, oglądanie polskiej telewizji, spotkania autorskie i odcinanie kuponów od poprzednio stworzonych rzeczy. Bycie między swoimi. Mało jest czasu na pisanie kolejnej książki. Swój prywatny Dom Pracy Twórczej mam w Skogås, w Szwecji. Tu spędzam wiele godzin pisząc „przyklejona do komputera”. Tu napisałam moje wszystkie książki. Jak na razie wydanych jest dziesięć, a jedenasta już rozpoczęta, czeka na mój przyjazd do Skogås, bo tu mieszka moja wierna przyjaciółka Wena.
J. Sz.: Czy Twoja twórczość to dla Ciebie styl życia, czy po prostu pasja i spełnienie marzeń? Jak to oceniasz dzisiaj?
A. W.: Wcześniej już częściowo odpowiedziałam na to pytanie. Jako młoda dziewczyna myślałam, że na starość będę malować, bo to też lubię, ale stało się inaczej. W grudniu 2018 roku minie cztery lata od śmierci mojej mamy. Mieszkałam z nią siedem lat. Gdy żyła pisanie było dla mnie odskocznią od rzeczywistości. Teraz stało się w pewnym sensie pasją. Mam nieznośne uczucie niespełnienia obowiązku, jeśli nie napiszę kilku stronic dziennie. Jak już wspomniałam kończąc kolejną książkę mam już zwykle rozpoczętą następną (chociażby w ogólnym zarysie). Modne są w ostatnich latach kursy pisana książek. Może to i dobra rzecz, bo daje podstawy rzemiosła, ale powtarzam za kolegą po piórze Andrzejem Szmilichowskim, który w jednym ze swoich felietonów pisał o studiach pisarskich „…uczą one, że pisanie nie pojawia się samo z siebie, z wyobraźni, że wyobraźnia to stan zafascynowania światem, a nie można bez przerwy śnić na jawie”. – Właśnie!
J. Sz.: Co aktualnie tworzysz?
A. W.: Zanim odpowiem na to pytanie chciałabym wspomnieć o tym, że po wydanych w 2017 roku wspomnieniach mojej matki pt. Patrzę na mój czas, napisałam kolejną książkę, tym razem poświęconą memu ojcu nosi ona tytuł: „Miód mi w serce lejesz”. W maju 2018 roku była prezentowana na Targach Książki w Warszawie i tam miała oficjalną, polską promocję. W pierwszych dniach września prezentuję ją w Lublinie, a pod koniec września dzięki Stowarzyszeniu Polek, zaprezentuję ją w Oponie, w Sztokholmie.
Pozwól, że w kilku słowach powiem o niej: Ojciec odwiedził mnie w Szwecji w 1985 roku. Pokazywałam mu „moją” Szwecję, a on opowiadał mi o dziejach rodziny. Był ciekawą i barwną postacią. Jego losy w pewnym stopniu uzupełniają obraz Kresów przedstawiony przez mamę, z tym, że jego rodzina pochodziła z zaboru rosyjskiego. W Rosji przeżył pierwszą wojnę światową i rewolucję. Rodzicom skonfiskowano majątek zamieniając na kołchoz, gdzie jako kilkunastoletni chłopiec ojciec musiał pracować jako kołchozowy parobek. Dopiero w 1926 roku udało się rodzinie wydostać z Rosji! Proces adaptacji do nowych warunków w Polsce II RP, to osobny temat. Ojciec mój był tytanem pracy. Miał dwa fakultety: weterynarię i medycynę, którą rozpoczął studiować po czterdziestce, już po obronieniu doktoratu z mikrobiologii weterynaryjnej. Na studiach poznał dużo od siebie młodszą kobietę, która wkrótce stała się jego drugą żoną. Gdy miałam 10 lat opuścił nas. Rodzice rozstali się i ojciec rozpoczął nowe życie lekarza Judyma oddanego pacjentom. Miałam do ojca ambiwalentny stosunek. Kochałam go, podziwiałam za pracowitość, a jednocześnie nosiłam w sercu żal za pozostawienie mamy z trojgiem dzieci. Pisząc Miód mi w serce lejesz miałam dylemat: jak przedstawić jego życie, nie pomijając faktu, że zrobił dzieciom z pierwszego małżeństwa krzywdę, a równocześnie nie sprawić dyskomfortu memu przyrodniemu rodzeństwu, z którym utrzymuję ścisły kontakt. Myślę, że mi się to udało.
A co aktualnie tworzę? – Mam zarys przyszłej książki, ale nie chcę zdradzać szczegółów. W Skogås jest atmosfera do pisania, więc może na przyszły rok będę mogła zaprezentować moją jedenastą pozycję. Zobaczymy.
J. Sz.: Czy uważasz, że polscy twórcy emigracyjni są doceniani w Ojczyźnie i czy mają taką samą siłę przebicia jak nasi rodacy w kraju?
A. W.: W dzisiejszych realiach chyba nie ma już czegoś takiego jak „twórcy emigracyjni”. Albo jest się dobrym pisarzem, albo nie. Wszystkie swoje książki wydałam w Polsce. Tam mam głównych odbiorców. Niestety sama wiesz, co mówią raporty o dramatycznym spadku czytelnictwa w Kraju. Telewizja i Internet wypierają tradycyjne metody edycji. W ciągu ostatniego półwiecza zmienił się sposób korzystania z literatury. To jest fakt. Rynek czytelniczy w Szwecji dla osób piszących po polsku jest minimalny. Wyznacza go poziom intelektualny imigrantów i sezonowych robotników, którzy jako, że nie mieli zwyczaju czytania w Kraju tak i nie robią tego też „na saksach”. A co do pytania o siłę przebicia to powiem, że piszący poza Krajem często skarżą się, że wydawcy nie są zainteresowani ich twórczością. Wysyłając manuskrypt do wydawnictwa oczekują, że wydawnictwo zapewni im honoraria, wysokie nakłady i dystrybucję jak to było za czasów komuny. Nie znają obecnych reguł rynkowych. Nie mogą zrozumieć tego, że wydając książkę muszą się liczyć bądź ze znalezieniem sobie sponsora, bądź z współfinansowaniem edycji. Skarżą się, że nie mają w kraju znajomości. Wypadli z obiegu. Ergo: Nie mają siły przebicia. I to jest prawda.
J. Sz.: Dziękuję za rozmowę. Życzę Ci kolejnych sukcesów!

Reedycja wywiadu-Nowa Gazeta Polska
12.05.2024 Sztokholm