September 25, 2021

Sztuka Salonowa- Dominika Paśnicka – Sionek

8 min read

Dziękuję Ci Jolu Stankiewicz z całego serca, że dałaś mi pole, które mogę obsiać. Dziękuję za danie tak ogromnej szansy w rozwoju siebie. Dziękuję, że wierzysz we mnie i dajesz inspirację. Jesteś Skarbem. Jesteś Aniołem. Jesteś Cudem ☺

Sztuka Salonowa

Zastanawiasz się cóż to takiego? To wielowymiarowe znaczenie słowa sztuka. Bowiem sztuką nie jest tylko malarstwo. To szeroko pojęta przestrzeń do realizowania siebie na każdej możliwej płaszczyźnie. I to DOSŁOWNIE. Z perspektywy Kobiety, Mamy, Malarki, Scraperki, Projektantki i Graficzki mogę z całą stanowczością powiedzieć, że nie potrzebujesz pracowni do tego by móc realizować swoje pasje, tworzyć małe i duże dzieła sztuki. Możesz realizować siebie w zacisznym, domowym salonie. 

Opowiem Ci moją historię. Zamiłowanie do sztuki miałam od kiedy tylko pamiętam. Gdy byłam małą dziewczynką fascynowały mnie obrazy Pabla Picasso. Zachwycałam się jego nieprecyzyjną i artystyczną linią, bogatą gamą kolorystyczną i tym, że maluje jak czuje, a nie jak należy. Nie rozumiałam wtedy do końca jego twórczości, ale podziwiałam z zachwytem, każdy kształt, figurę, postać. Był pierwszym malarzem, który zaintrygował mnie wtedy do tego stopnia, że mam go w sercu do dzisiaj.

Rękodzieło towarzyszyło mi tak naprawdę od zawsze. Jednak nigdy nie myślałam, że stanie się pasją, która z kolei przerodzi się w pracę. Uwielbiam rzeczy tworzone od serca. Ogromną wartość mają dla mnie prezenty ręcznie robione, unikatowe, jedyne w swoim rodzaju i niepowtarzalne. Często takowe wręczam przy okazji różnych okoliczności. A jeśli już o okolicznościach mowa to właśnie dzięki przygotowaniom do ślubu odkryłam w sobie pasję tworzenia, a mój kochany Mąż zmotywował do otwarcia działalności i rozpoczęcia tworzenia rękodzieła na serio. Dzięki jego wsparciu, jego wiary we mnie powstała Karta Wstępu- firma działająca na polskim rynku rękodzielniczym już 4 lata.

Gdy miałam 12 lat, a wszyscy szóstoklasiści stali się tymi najstarszymi w podstawówce, zyskaliśmy jeszcze jedną niezwykle cenną rzecz. Szafki. Usytuowane na najdłuższym szkolnym korytarzu, znajdującym się tuż obok głównego holu. Będąc w piątej klasie wraz z koleżankami nie mogłyśmy się wręcz doczekać, kiedy te szafki odziedziczymy po starszych i wreszcie będziemy mogły umieścić na ich drzwiczkach, plakaty ukochanego zespołu muzycznego. Uśmiecham się do siebie na samą myśl, tych wspaniałych, urokliwych lat. Było nas w klasie parę dziewczyn, które wręcz na zabój kochały pewien zespół, niemieckich nastolatków, śpiewających cudowne ballady, w rockowym stylu.
Byłam ich ogromną fanką, kolekcjonowałam każdy ścinek z gazety, ściana mojego pokoju przypominała bilbord, cały oklejony w posterach. Nie mogłam pozwolić sobie na zakup każdej jednej gazety, dlatego z pomocą przychodziły mi koleżanki, które poświęcały swoją gazetę by oddać mi kilka ścinków.
Pewnego razu moja ówczesna bardzo dobra koleżanka dostała od rodziców oryginalną płytę z muzyką oraz wywiadami. Płakałyśmy ze szczęścia siedząc przed telewizorem i oglądając to wszystko. Oczywiście miałam także napisane w zeszycie teksty piosenek, cytaty, jednym słowem wszystko to co poruszało na tamte chwilę moje serce. A gdy nadszedł czas gimnazjum i nauka języka niemieckiego, stałam się najpilniejszą uczennicą, a wszystko po to by rozumieć każde słowo śpiewanego przez nich tekstu.
Miłość do zespołu stała się ogromna, a ja nie bardzo wiedziałam, co ma robić, żeby spożytkować ten jej ogromny przypływ. Postanowiłam, że wezmę zeszyt, dokładnie 32 kartkowy zeszyt w kratkę z czerwoną okładką, w napisy, których już zupełnie nie jestem sobie w stanie przypomnieć i zacznę pisać opowieści, o mnie, mojej przyjaciółce oraz dwóch chłopakach z zespołu. Pisałam, o tym jak poznajemy się podczas ich pierwszego koncertu w Polsce, kiedy śpiewamy z nimi na scenie. Każdego dnia pisałam jeden rozdział. Momentami wena była na tyle silna, że było ich więcej. Po pewnym czasie zebrałam się na odwagę by dać zeszyt do przeczytania koleżance. Pamiętam jej szok i niedowierzanie, jak ja to wszystko wymyśliłam. Błagałam ją by nikomu o tym nie mówiła, by był to nasz sekret. Dopingowała mnie bardzo i nie mogła się doczekać, aż będę przynosić jej do przeczytania kolejne strony. Pamiętam dobrze swoją ekscytację gdy szłam do szkoły. Nie mogłam się wręcz doczekać by je jej pokazać. Ciężko mi aż uwierzyć, że pisze to z taką dokładnością po kilkunastu latach. Bardzo się cieszę, że skrywany sekret, ujrzał światło dzienne, że po raz kolejny odważyłam się odsłonić siebie, pokazać swoją prawdę. 

Jako 14 letnia dziewczynka tworzyłam swoją pierwszą biżuterię, jaką były kolczyki z rozerwanych korali babci. Pamiętam jak bardzo się cieszyłam, że mi je dała. Mogłam z nich zrobić tyle kompletów. Ach! Zachwycam się. Z czasem chęć tworzenia biżuterii była na tyle silna, że postanowiłam robić bransoletki, które możecie zobaczyć na zdjęciu. Czy domyślacie się z czego zostały wykonane? Podpowiem Wam, bo niewiele jest osób, które to wiedzą. Znalazłam na Pintereście inspirację na wykonanie cudnych bransoletek z zawleczek od aluminiowych puszek po napojach. Zaintrygowałam się tym na tyle, że zaczęłam je tworzyć. Metodą prób i błędów uczyłam się jak najlepiej przewlekać mulinę przez oczka by powstawał piękny wzór. Szaleństwem było dodawanie koralików, czułam, że jestem poziom wyżej :D.
Wspominam te czasy z sentymentem, i nawet nie będę liczyć ile razy chciałam, te bransoletki wyrzucić z mojej szkatułki. Teraz już wiem dlaczego tego nie zrobiłam. Moje ozdoby doczekały się publikacji w magazynie. I proszę mi wierzyć, gdy tworzyłam strategię o czym napiszę ten artykuł nawet przez myśl nie przeszło mi to, że o nich wspomnę. Wierzę głęboko, że po coś się to stało. Kiedy to piszę, Mr Good wszystko dyktuje.

Gdy byłam dzieckiem, jako najstarsza z rodzeństwa posiadałam własny pokój. To w nim spędzałam mnóstwo czasu, w nim rozmyślałam, uczyłam się. Był moim azylem, miejscem, w którym czułam się bezpiecznie, które należało tylko do mnie. Służył mi również za pracownie, w której tworzyłam swoje pierwsze projekty. 

Odkąd zaczęłam tworzyć rękodzieło „tak na serio” moim marzeniem było posiadanie własnej pracowni. Pamiętam nawet, że gdy mój mąż namawiał mnie do tego, warunkiem rozpoczęcia było przeorganizowanie naszej ówczesnej garderoby do takiego stanu by w większej części służyła jako pracownia i moje miejsce mocy. Pomysł okazał się sukcesem, a pokój spełniał bardzo długo swoją funkcję.

Od paru lat, kiedy przeprowadziliśmy się do mniejszego domu, nie mogłam niestety pozwolić sobie na reorganizację przestrzeni. Postanowiłam, że od tamtego dnia to nasz salon będzie moim artystycznym studiem. Pasja tworzenia pozostała wielka, ale strefy tylko dla niej zabrakło. Wszechświat zmusił mnie poprzez zmianę miejsca zamieszkania do tego, by w największym pokoju w domu, wydzielić część, która stanie się moim kreatywnym miejscem, pomieści mnóstwo rzeczy i tony papieru, będzie jednocześnie miejscem rodzinnych spotkań, strefą odpoczynku i miejscem zabaw dla moich cudownych synków.
Nie myślałam nawet przez chwilę o porzuceniu swoich planów na przyszłość, dlatego z całego serca jestem wdzięczna, że znalazłam rozwiązanie. Dzięki temu odkryłam cudowne FLOW, za którym podążam z ufnością.

Z takiej organizacji miejsca pracy wyciągam na prawdę wiele plusów. Nauczyłam się korzystać z każdej wolnej chwili by móc coś wykreować. Kiedyś ze zrobieniem czegoś zwlekałam cały dzień, szukałam „odpowiedniego” momentu a gdy w końcu miałam czas dla siebie, nie miałam takiego natchnienia jak w chwili gdy ta myśl się pojawiła. Teraz nie czekam do wieczora, aż dzieci pójdą spać, a ja będę mogła na spokojnie zrobić to co planowałam. Idę za głosem intuicji, za głosem serca, kiedy tak pięknie mnie prosi o to by rzucić wszystko i zająć się  realizacją. Uważam, że nie należy odkładać rzeczy na później. Kiedy przychodzi do nas natchnienie, gdy głos duszy woła, powinniśmy reagować na niego. 

Pracując w salonie, moje dzieci są zawsze na widoku, widzimy z mężem co robią, jak się razem bawią, jesteśmy w stanie w każdej chwili zareagować. A one są przeszczęśliwe, że mogą uczestniczyć w kreowaniu, w tworzeniu nowych produktów.



Zachęcam Was Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy do tego byście wsłuchiwali się w Wasz głos intuicji. Nasze serce, w chwilach spokoju, potrafi do nas przemawiać z ogromną siłą, jednocześnie zachowując cichy i spokojny ton, momentami nawet szept. Wchodźmy w stan skupienia i medytacji, to właśnie on przywiódł mnie tutaj. Do Was. Do magazynu The Designer Haliny Bartoszek Rosy. Bym mogła dla Was pisać, dzielić się z Wami swoimi historiami, które na łamach nastoletnich czasów, działy się w tak dużej ilości. Teraz mam potwierdzenie tego, że to wszystko nie działo się bez przyczyny, a pamięć o tych wydarzeniach jest wręcz świetna, po to bym mogła je dla Was opisywać.

Właśnie o tym będzie SZTUKA SALONOWA, o tworzeniu szeroko pojętej i rozumianej sztuki, którą można zaaranżować domową, a w szczególności salonową przestrzeń. Przedstawię Wam również historie mojej twórczości, od kiedy tylko pamiętam. Razem z Mr Good, pokażemy wam to co w nich najpiękniejsze. 


„Bo sztuką nie jest tylko malarstwo. To szeroko pojęta przestrzeń do realizowania siebie na każdej możliwej płaszczyźnie” 

Z Miłością i Inspiracją
Dominika Paśnicka – Sionek

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: