September 25, 2021

MIESZKO TYSZKIEWICZ.

12 min read

Jak zaczęła się moją przygoda ze sztuką?

Można powiedzieć, ze pierwszy etap zaczął się jak dla każdego z nas w dzieciństwie. Musze powiedzieć, że byłem niezwykle precyzyjny jako dziecko i kiedy robiłem z plasteliny szkielety dinozaurów, korzystałem z naukowych książek i przyrządów geometrycznych, żeby wyszły dokładnie tak jak w książce. Miałem 5 lat. Drugi etap w nieco starszym wieku, kiedy miałem 12 lat. Kiedy leżałem tydzień przeziębiony w łóżku, rysowałem skomplikowane budynki i inne rzeczy dla zabicia czasu. Trzeci to wejście do świata profesjonalnego w Liceum Plastycznym. Zrobiłem ten krok z lenistwa. Myślałem, ze będzie mniej nauki niż w LO i zmieniłem szkole. Okazało się odwrotnie. Czwarty 5 lat później na studiach. Wolność artystyczna. Zacząłem malować swoje autentyczne projekty. Było super. Piąty, kiedy użyłem poraz pierwszy sztuki do zarabiania pieniędzy. Szósty, to ponowny powrót do czystej sztuki. Siódmy to znowu użycie sztuki do zarabiania pieniędzy na innym strzeblu.

Kiedy kończyłem studia a konkretnie miałem jeszcze rok przed sobą, nagle zdarzyła sie katastrofa, która miała ogromny wpływ na moje życie oraz na podejście do sztuki. Myślę, że zmieniła ona zupełnie moja twórczość, a czy na dobre, czy na źle, tego nigdy się nie dowiemy. Ta katastrofa to był wybuch elektrowni w Czarnobylu w Maju 1986.

W jednej chwili zrezygnowałem z kontynuowania mojej edukacji i najważniejsza rzecz stała sie szybka ewakuacja z Polski jak najdalej od radioaktywnych odpadów. Byłem studentem, więc nie miałem dużo pieniędzy, a tu nagle konieczność postawiła przede mną duże wymagania.

Pierwszy sukces, to sprzedany olejny obraz dla księdza w Soli koło Żywca obraz kościoła, jednak czas malowania wynosił około 3 dni a zarobek nie był zbyt duży, 4000 zł, ale nie pamiętam co to znaczyło wtedy w dolarach. Następna praca, zbieranie truskawek, bardzo żmudna, długa i dające minimalne zarobki. Później sadzenie 30 cm drzewek: po 3000 zaczynało sie nam mylić, gdzie są korzenie a gdzie gałęzie, wiec kilkadziesiąt poszło korzeniami do góry, niestety finansowo była to katastrofa. Musieliśmy wymyślić coś innego, w rodzaju napadu na bank, i nagle udało się, wpadliśmy na genialny ale trudny pomysł “Krupówki”.

Razem z moja dziewczyna postanowiliśmy usiąść na Krupówkach w Zakopanem i malować portrety. Robiło to już tyle osób przed nami więc dlaczego nam by się to miało nie udać. Nasi nauczyciele przestrzegali, że malowanie na ulicy jest groźne dla sztuki, że spowoduje nieodwracalne zmiany w naszym malarstwie i zabije w nas sztukę a uczyni z nas rzemieślników pracujących jak niewolnicy dla klienta. Uczyni z nas prostytutki.

Coż, to nie było teraz ważne, czy nasza wrażliwość na sztukę przetrwa ale wyłącznie, czy my przetrwamy i ocalimy nasze życie. Ruszyliśmy więc na ulice!

O dziwo rzeczywistość okazała się zaskakująco inna, nie nasze przewidywania i przestrogi naszych profesorów. Malowanie portretów ludzi na ulicy okazało się nie lada trudnym wyzwaniem. Na szali było jednak nasze życie więc skupiliśmy 100% naszych możliwości, żeby osiągnąć cel. I tu jest pierwsza tajemnica, którą chce naświetlić. Jeśli chcemy coś osiągnąć, to zawsze możemy to zrobić, każdy możne to zrobić, cokolwiek by to nie było, ale potrzebna jest kompletna determinacja, skupienie się na celu i dążenie do niego każdym calem naszego jestestwa. Wtedy runa wszystkie mury, pokonamy wszystkie problemy a cały świat wokoło nas będzie nas niósł jak na fali surfingowej do tego celu. Tak właśnie było z portretami.

Na początku trzeba było załatwić pozwolenie na rysowanie. Dobry los chciał, ze moja ciocia Jaśka pracowała w Urzędzie Miasta Zakopane, co przyspieszyło rozpatrywanie podania o pozwolenie do kilku minut. Następnie trzeba było na czymś siedzieć i gdzieś posadzić modela. Miłe kelnerki z restauracji Morskie Oko pożyczyły nam za bardzo niska cenę 4 ogromne czerwone fotele z poczekalni restauracji. Sztalugi przenośne nie istniały wtedy w Polsce wiec malowaliśmy na kolanach. Papieru też oczywiście nie było w sklepie więc kupiliśmy cały nakład kilkuset wielkich dyplomów i malowaliśmy z tyłu a potem nawet z przodu, zachowując wielkie złote litery nad głowa modela “Dyplom Uznania” lub tp. pasowało to świetnie do karykatur. Używaliśmy również papierowych tacek na gofry, które miały jakby ozdobna tłoczona ramkę dookoła, ale miały wadę, były małe. Pierwsze kredki to był dziecinny komplet kupiony kiedyś przez mojego ojca w Chicago. Crayola lub tzw. kredki świecowe najgorszej jakości. Ojciec zawsze kupował najtańsze rzeczy, bo nigdy nie potrafił ogarnąć różnicy miedzy dobra jakością i złą. Widział tylko, ze było ich około 60 szt więc wydawało mu się, że to jest lepsze niż 10 sztuk dobrej jakości albo jedna sztuka najwyższej. No cóż, nie było łatwo malować kredkami, które prawie nie zostawiały żadnego śladu. Próbowałem nawet używać czarnych borówek (jagódek), ale wbrew pozorom też nie były zbyt czarne. Było jednak wielu klientów, którzy zamawiali u mnie “portret malowany czarnymi jagodami z bita śmietana” albo “portret truskawkowy z kruszonymi orzechami” itp. Miałem długi cennik zrobiony dla żartu, ale kiedy wielu klientów zaczęło te dziwne portrety zamawiać byłem zmuszony je malować wg. menu. 🙂

Siedliśmy więc obok siebie z moją dziewczyną i czekaliśmy na pierwszego klienta. I tu druga wskazówka: żaden klient nie przyjdzie, jak nie wie co go czeka. Trzeba było zrobić reklamy, przykłady wcześniejszych portretów, ale najważniejsze było zademonstrowanie całej akcji, czyli malowanie kogokolwiek w realnym czasie tu i teraz aby zaprezentować wszystkim widzom,czego maja sie spodziewać. Na początku nie wiedzieliśmy o tym. Nikt nas tego też nie uczył w szkole. Miałem dużo bardzo stresującego czasu na myślenie, co będzie jak ktoś siądzie. Co będzie, jak źle go narysuje? Nigdy nie byłem specjalistą od portretów. Zacząłem się zastanawiać, co sprawia, że dany człowiek jest podobny do swojego wizerunku, a czasem nawet wizerunek jest lepszy od zdjęcia. Każdy człowiek ma usta, oczy, nos, uszy, włosy, jajowata głowę, ale co sprawia, ze odróżnia sie od kogoś innego i mimo, że mamy tak dużo ludzi na świecie, nie ma dwóch takich samych, nawet bliźniacy są trochę inni. W czym tkwi tajemnica? W proporcjach? Kolorach? Wyrazie twarzy? Ekspresji? Duszy? Drążąc tak temat, opracowałem doskonale założenia karykatury. Opracowałem coś w rodzaju połączenia portretu z karykatura. Wszystko było teoretyczne, w mojej wyobraźni i w suchej kalkulacji intelektualnej. Teraz wystarczyło wcielić to w materie. Czekałem więc na pierwszego klienta. Jak mówią lekarze, ich pierwszym klientem jest osoba, która nie żyje i robią jej autopsje. Czy moim pierwszym klientem też będzie ktoś szczególnie dziwny? Wkrótce miało się okazać, że tak.

Po kilku godzinach pojawił się starszy dziadek, idący ciężko w górę Krupówek i bez żadnego pytania siadł na fotel patrząc na nas dziwnie. Zapytałem go, czy wybiera portret, czy karykaturę, ale on dał jakąś dziwną odpowiedź, więc zacząłem malować portret. Po kilku minutach zgromadził się duży tłum ludzi, którzy patrzyli na cały proces, aż do końca. Jeszcze nigdy dotąd na studiach tyle osób nie kontrolowało każdego mojego ruchu. To było trochę stresujące i wiedziałem, ze tłum wymaga, żeby portret był taki, jakiego wszyscy sie spodziewają. Nie było tu miejsca na własną inwencje twórczą. To musiało być porostu podobne do modela i nic więcej się nie liczyło a każda pomyłka będzie bardzo surowo wygwizdana przez gapiów. Na studiach w pracowni i w liceum malowało się tak, żeby zadowolić nauczyciela albo siebie samego a podobieństwo modela do obrazu nie grało żadnej roli, przynajmniej w Polskiej szkole. Podobno na Akadami w Rosji gra role i myślę, ze bardzo dobrze, ze chociaż jedna szkoła w Europie uczy klasycznego poprawnego malarstwa.

Po 20 minutach portret był gotowy, odwróciłem go z lekkim strachem do dziadka a on … spał. Zbudziłem go dotykając w nogę a on przerażony zaczął się rozglądać wokoło i krzyczy “Jezus Maria! Miałem atak serca? Jadę do szpitala?” Być może miał już takie przeżycie wcześniej, a może widział to z boku, ale w każdym razie był pewny, ze tłum ludzi patrzy na niego z powodu zasłabnięcia na ulicy. Dość dlugo musielismy mu tlumaczyć, że zamówił portret. W koncu nic z tego nie zrozumiał i dostał go za darmo. Od razu usiadł następny klient i ustawiła się kolejka.
Pieniądze, które zarobiliśmy przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Każdy dzień przynosił nam conjamniej miesieczną średnia polską wypłate, a czasami nawet podwójną lub potrójną. Zaczęliśmy jesc w drogich restauracjach, jeżdzić taxówkami i po okolo 2 tygodniach mieliśmy już pieniędzy na najdrozsze wczasy za granicą samolotem, tam gdzie zamierzamy zostać już na stałe. W tych czasach na wczasy jeździło sie głównie pociągiem lub autostopem. Samolot byl niewyobrażalnym luksusem. Poszliśmy kupić wczasy, ale niestety nie bylo to takie piękne, jak wyobrażalismy sobie. Okazało się, że wiekszość punktów docelowych, jak np Warna w Bulgarii było bardziej skażonych radioaktywnie, niż Polska. To i inne rzeczy sprawiły, że wyjazd udał się dopiero rok poźniej w sierpniu a punktem docelowym była Grecja, Nea Peramos na Halkidiki. W Zakopanem po kilku dniach staliśmy sie gwiazdami Krupówek. Jak przyjezdzalismy do pracy, okolo 12:00 czasami do naszej pustej lawki stala już ustawiona kolejka ludzi. Wieczorem, kiedy pora stawała sie bardzo późna, blisko 3 w nocy, klienci przepłacali nas kilkukrotną sumą pieniędzy, aby za wszelką cene uzyskać portret. To bylo kompletnie szalone. Czuliśmy sie jak jakieś gwiazdy rocka. Mieliśmy też wielu “gruppie”, ktorzy spędzali z nami całe dnie starając sie zaprzyjaznić. Czasami braliśmy całą ta gromade do drogiej restauracji na wystawny obiad. Jako ze nigdy nie paliliśmy ani nie piliśmy alkoholu, nie bylo tez żadnych imprez, nawet “barów mlecznych” jak na studiach. Toczyliśmy normlane życie, jak wczesniej, nawet jako, że nie byliśmy małżenstwem, nasze zycie erotyczne też było zerowe, mimo, ze spaliśmy obok siebie nago, kąpaliśmy się razem i mieliśmy plany na całe życie. I wiedzieliśmy, że nasza religia jest w tym temacie kompletnie sprzeczna w Bogiem.

To, ze nagle z ogromnej konieczności ratowania zycia nauczyłem się w błyskawicznym tępie malować bardzo dobre portrety i karykatury, sprawiło, ze moje życie kompletnie sie zmieniło i dostalem silny wiatr w żagle, na którym jadę rownież w obecnym czasie.

To otworzyło przede mną wiele rynków sztuki, jak również potencjalnie cały świat. Wyjechaliśmy więc w 1987r i bez problemu podróżowaliśmy po całej Europie, po wszystkich krajach, bez żadnych pieniędzy, używając tylko zarobków w każdym bieżącym miejscu pobytu. Gdyby więc nie wybuch w Czarnobylu, byłbym pewnie nauczycielem malarstwa w liceum plastycznym, albo wychowania plastycznego w mojej macierzystej cieszącej się najgorszą sławą w Zakopanem podstawówce nr. 4 na Olczy i czasami malowałbym dziwne filozoficzne obrazy olejne, których nikt nie rozumie i nikt nie kupuje i pewnie czasami robiłbym wernisaże. Katastrofa w Czarnobylu zupełnie jednak zniweczyła moje spokojne, bezpieczne życie w jednym z najpiękniejszych zakątków na naszej planecie, w Tatrach, z żoną artystka i dwojgiem dzieci. W zamian za to popłynąłem na szerokie niebezpieczne oceany i jestem na nich do czasów obecnych.

Moja sztuka przeszła ostry test, najtrudniejszy egzamin ze wszystkich, nieporównywalny z tymi jakie były na studiach i w liceum. Przez ostatnie 12 lat studiów artystycznych malowało się dla nauczyciela, albo żeby się mu podlizać, albo żeby go wyprowadzić z równowagi, albo zaszokować. Był to cały czas dialogu z nauczycielem, czyli jakby symulacja. Teraz było to prawdziwe życie, które udzielało zaliczenia, albo nie i od tego zależało realne przeżycie, albo nie. Przeżyłem, a ponadto miałem na tyle, aby utrzymywać moją dziewczynę, mieszkać w najlepszym hotelu na Gran Canarii przez pół roku, oraz we wszystkich innych krajach przez kilka lat, jeździć gdziekolwiek mnie fantazja poniesie, pożyczać najdroższe samochody, jeść najlepsze rzeczy i nie martwić się o przyszłość.

Po 10 latach byłem tak wprawiony w malowanie portretów, że mogłem jednocześnie rozmawiać z wieloma osobami, przy tym być kompletnie skoncentrowanym, zupełnie nie zauważając wszystkich ludzi wokoło i telefonować, wszystko w tym samym czasie. Czas rysowania był zawsze taki sam, 20 min. Używałem pasteli Rembrandt lub Schmincke i papieru Canson lub zwykłego bristolu. Czasami zdarzało mi się namalować różne symbole wokoło modela, o których nie wiedziała nawet jego własna żona lub mąż i dziwili sie skąd o tym wiem. Odnośnie koncentracji, w Barcelonie zdarzyło mi się, że moja modelka zamiast się smiać była coraz bardziej przerażona i czerwona na twarzy. Nie wiedziałem dlaczego, aż przyszedł strażak i poprosił mnie, czy mogę się przesiąść, bo musi się podłączyć do hydrantu na którym siedziałem. Obejrzałem się do tylu i okazało się, że za mną płonie hotel “Europa” lub “Espania” na który patrzyła moja przerażona klientka. Innym razem w tym smaym miejscu 6-letni chłopczyk odłączył mojego walkmana i ukradł, potem sprzedał a nasępnie za zarobione w ten sposób pieniądze zamówił u mnie portret. Nic nie czułem, bo byłem skupiony.

Pozniej zaczęły się inne kontakty z klientami, większe zamówienia, projektowanie restauracji, malowanie ogromnych formatów na scianach jak np 10 x 2 metry albo 5 x 8 metwów, projektowanie koszulek firmowych dla Viking Line, Silja Line i cały czas wielki procent umiejetności, który wkładam w te prace pochodzi z rysowania portretów na ulicy. Trudno to logicznie wytłumaczyć, ale mogę powiedzieć, ze połowa mojego wykształcenia, to brutalna szkoła ulicy, mimo, że moje artystycznie szkoły trwały w sumie 12 lat.

Pamietam adiunkta z Akadami Sztuk Pięknych, który był niezwykle zestresowany, kiedy musiał mnie zastąpić na pół godziny w rysowaniu portretów i niestety dał je klientom za darmo, bo nie wywołały aprobaty i o mało nie został przez tą parę pobity na Las Ramblas w Barcelonie, a był naprawdę wspaniałym malarzem. To świadczy o tym, że malowanie portretów na ulicy to specjalna gałąź sztuki, nie taka łatwa, jak się sądzi i niewielu artystów może podjąć to wyzwanie. Ja też nie umiałem tego robić i jedyne co mnie do tej umiejętności zmusiło, to ratowanie życia. Jak to się mówi, najlepsze rzeczy rodzą sie w bólu.

A obecnie jesteśmy w czasie pandemii i znowu pojawił się wątek ratowania życia. I znowu jakimś dziwnym zrządzeniem losu efektem ubocznym jest wzmocnienie mojej działalności artystycznej i wiele innych bardzo korzystnych rzeczy. Wiele biznesów, nawet wielkich, jak linie lotnicze się kończy, albo ma poważne kłopoty a moja mała działalność artystyczna przeżywa rozkwit. I znowu podobnie jak w czasach Czarnobyla okazuje się coraz bardziej, że rozgłos pandemii jest większy niż jej realne zagrożenie. Nie wiem, czy pamiętacie, że w 1986 roku naukowcy prognozowali Polakom przeżycie jedynie następnych 10 lat a później miała to być radioaktywna pustynia bez ludzi, bez zwierząt i bez roślin. Wizja jak z największego horroru. A w rzeczywistości zwiększyła się tylko delikatnie liczba zachorowań na raka, ale dla przeciętnego mieszkańca Polski nie wywarło to żadnego wpływu na jego życie.

Świat jest nieobliczalny 🙂 mroczne prognozy, końce świata itp. przeważnie się nie sprawdzają i oby tak było z obecną koroną, choć w biznesie zrobiła już nieodwracalne szkody, ale kto wie, co na długą skale jest szkoda a co korzyścią. I tak to od sztuki przeszliśmy do życia, ale życie jest właśnie sztuką, najwiekszą ze sztuk, stworzaną przez największego z kreatorów.

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: